POLIAMORIA – KOCHAĆ WIELU

poliamoria1

Tylu pociągających mężczyzn, pięknych dusz, które po prostu mijam, z którymi nigdy nie zamienię słowa, których marzeń nigdy nie poznam…. z którymi nigdy nie pójdę do łóżka…

To już gdzieś było. Takie zdanie. Ktoś już je powiedział….

„Nie kłam, kochanie”. Był taki film.

Główny bohater również nie uważał, żeby było w tym coś  nieodpowiedniego, ale… on był mężczyzną, a w naszym społeczeństwie ma to wciąż duże znaczenie. 

Jak to jest kochać wielu?

Większość z ludzi zakochuje się często. Potem spotykają osobę, w której zakochują się na dłużej lub czują, że jest to coś naprawdę wyjątkowego, i - z nie do końca zrozumiałego powodu - uznają, że więcej się nie zakochają.

Najpierw przychodzi to łatwo, ponieważ wciąż w całości zatopieni są w tym jedynym/tej jedynej. Z czasem pojawia się jednak potrzeba, by się „bronić” lub by „chronić” swoją drugą połowę. Bo lepiej nie kusić, nie stwarzać okazji, nie dawać możliwości, trzeba czuwać i pilnować tego, co już nasz. Pojawia się strach i zazdrość. Umusł stara się panować nad ciałem, przewidywać każde potencjalne niebezpieczeństwo.

Człowiek to energia. Nieustannie płynąca, poruszająca się, transformująca. Człowiek to seksualność. Posiadająca wiele twarzy, objawiająca się na wiele sposóbów, przyciągająca i odpychająca, żyjąca życiem pasji, poszukująca nowych dróg ekspansji. Energia to seksualność.

Jak to jest kochać wielu?

Jednocześnie kochać tatę, brata, dziadka… z tym nikt nie ma problemu. Nikt nie powie ci, że miłość do wielu członków (tak, członków) rodziny ograbia każdego z nich z potencjału miłości, jaką mógłby otrzymać, gdyby nie było pozostałych. Można kochać jednocześnie rodzinę, przyjaciół, psa, ale jednocześnie kochać kilku mężczyzn, z którymi nie łączą nas więzy krwi…?

Dzielimy miłość. Stawiamy granice. Miłość nieseksualna (czy aby na pewno?) do dziecka, matki, brata, ukochanego zwierzaka jest ok, by ją dzielić. Im więcej, tym lepiej. Ale miłość, która łączy się z seksualnym pożądaniem, z motylami w brzuchu, z kołataniem serca… Nie, ta nie może dać się podzielić. Jeśli rozdzielisz ją pomiędzy wielu… wtedy prawdziwie ją rozdzielisz. Wtedy ktoś będzie miał mniej. A przecież nikt nie chce mieć mniej.

Przyznanie się do tego, że kocham wielu mężczyzn nie oznacza, że z każdym z nich muszę iść do łóżka. Przyznanie, że kocham wielu nie oznacza, że muszę żyć poza związkiem lub nawet w związku otwartym. Przyznanie, że kocham wielu oznacza jedynie, że w zgodzie z pragnieniem pozostawania w pełnej autentyczności i kontakcie ze swoim wnętrzem, nie neguję swojej seksualności ani tego, że zakochiwanie się w ludziach, którzy mnie fascynują, jest częścią mojej osobowości, a może i natury. To natomiast, co z tymi uczuciami dalej robię - to, co każdy z nas z nimi robi - to już zupełnie inna bajka. To kwestia wyboru i chęci (lub jej braku) respektowania umów zawartych z najbliższymi.

Żyjemy w świecie, w którym uznaje się, że najlepszą (lub nawet jedyną poprawną) formą relacji jest trwające całe życie, monogamiczne, heteroseksualne małżeństwo, a prawdziwa miłość to taka, która automatycznie blokuje wszelkie objawy zainteresowania innymi osobnikami preferowanej płci. Żyjemy w świecie opanowanym przez monoteizm – ten religijny i ten seksualny - który dowodów na swoją naturalność musi szukać w świętych księgach lub spisanych ręką władców prawach, gdyż nasze ciała wydają się mówić coś zupełnie odmiennego. Jako społeczeństwo promujemy monogamię, wystarczy jednak rozejrzeć się dookoła, porozmawiać ze znajomymi czy poczytać gazety, by przekonać się, że mało kto faktycznie ją praktykuje i - co chyba ważniejsze – rozumie. Znaleźliśmy się w dziwnym miejscu, gdzie to, co proste, wydaje się być krzywe, a to, co krzywe, ukazywane jest jako proste.

Niedawno oglądałam wraz z mężem piękny francuski film polecony mi przez przyjaciółkę – „Romans na godziny” (ang. „5 to 7”). Mówiąc w skrócie – i nie zdradzając za wiele - jest to historia młodego mężczyzny, pisarza wciąż czekającego na publikację swoich tekstów, który poznaje piękną kobietę, wolną jedynie między godziną 17:00 a 19:00. Jak się okazuje, godziny te są kodem, gdyż  wspomniana dama – jak najbardziej otwarta na nową przygodę - jest nie tylko żoną, ale i matką. – To jakaś patologia! – zakrzyknął mój mąż jeszcze przed pojawieniem się końcowych napisów, zaskoczony zarówno zakończeniem, jak i chyba całym filmem.

Patologia… Bo sytuacja, w której ludzie przysięgają sobie wierność po grób, a potem potajemnie się zdradzają, kłamiąc, oszukując i robiąc idiotę z drugiej osoby, która zazwyczaj wyczuwa, że coś się dzieje, nie jest patologiczna. Tak robi większość. To jest akceptowane. To jest naturalne, bo u podstawy człowieka leży przecież grzech. Tam jednak, gdzie dwoje ludzi pozostaje wobec siebie szczerymi, dając sobie wolność w ustalonych wspólnie granicach, wiedząc, że w ich związku mogą pojawić się różne emocje, również te trudniejsze (tak, jakby nie pojawiały się w monogamicznym związku!), to już jest patologia…

Każda relacja, długoterminowa czy krótkoterminowa, mono czy poli, może być wyzwaniem. Każda z trzech ścieżek – celibatu, monogamii i poliamorii - niesie ze sobą swoje ułatwienia i swoje utrudnienia, na świeczniku stawiając nieco inne wartości i popychając nas do przepracowania innych tematów. Znam ludzi podążających każdą z nich - również takich, którzy w swoim życiu spróbowali ich wszystkich - i jestem przekonana, że to nie ścieżka sprawia, że człowiek staje się szczęśliwy, choć wybór najlepszej  (tak, najlepszej) bezdyskusyjnie pomaga w osiągnięciu tego stanu.

A która z nich jest najlepsza?

Naturalnie ta, która w naszym bardzo subiektywnym odczuciu niesie ze sobą - jak mawia mój poliamoryczny przyjaciel Baba Dez - największą łatwość i słodycz <3

poliamoria2

* * *

Poliamoria oznacza wielomiłość (grecki przedrostek poli- = wiele, łacińskie słowo amor = miłość). Opiera się na zasadach otwartości, szczerości, dobrowolności i przede wszystkim miłości, gdzie każda z połączonych ze sobą miłosnym związkiem osób traktowana jest z równym szacunkiem. Zakłada miłość „do”, a najczęściej również „z” wieloma osobami, jednak seks (czy w ogólnie kontakt fizyczny) nie jest ani warunkiem koniecznym ani nawet wystarczającym - jest nim natomiast miłość. Osoby pozostające w związku poliamorycznym najczęściej wiedzą o sobie nawzajem i pozostają w bliższych lub dalszych relacjach, wszystko zależy jednak od umowy istniejącej pomiędzy partnerami (niektórzy wolą pokierować się zasadą „nie pytaj, nie mów”, która ułatwia nieco sprawę w temacie zazdrości). Choć może, związek poliamoryczny nie musi oznaczać poligamii (termin określający przede wszystkim małżeństwo z więcej niż jedną osobą – gameo to „zawierać małżeństwo” – jednak obecnie używany również dla określenia związku, 1) gdzie wiele osób żyje razem, utrzymując stosunki seksualne i wspólnie „prowadząc dom”, 2) gdzie wiele osób łączą stosunki seksualne lub 3) gdzie jedna osoba posiada dzieci z więcej niż jednym partnerem/partnerką), nie chodzi też o swinging (forma poligamicznej aktywności seksualnej przy zachowaniu tzw. emocjonalnej monogamii w odniesieniu do głównego partnera/partnerki; główni partnerzy otwierają się na doświadczenia seksualne z większą ilością osób, jednak zazwyczaj dzieje się to w obecności, a przynajmniej za wiedzą i zgodą obojga). Poliamoria nie jest również związana z konkretną orientacją seksualną, religią czy narodowością.

O poliamorii po polsku:

☼ "Puszczalsy z zasadami", Dossie Easton & Janet W. Hardy. Prawdziwie godna polecenia. Wstęp do książki można przeczytać tutaj.

☼ "Poliamoria", Deborah Anapol. Recenzja książki autorstwa Natalii Miłuńskiej choć dosyć krytyczna, na pewno nie zniechęca do sięgnięcia po nią.

MiraRudnicka

Leave a Reply