DWIE TĘCZE… LUB O BYCIU ŹRÓDŁEM SAMĄ DLA SIEBIE

tęcza

Kładę dłoń na brzuchu i czuję, jak mnie ściska, jak wykręca, jak boli.

Kiedyś powiedziałabym, że to twoja wina, bo zachowałeś się tak czy inaczej, albo że jego, bo powiedział to czy tamto, albo że moja, bo sama sprowokowałam reakcję, która zabolała. Teraz jedynie dotykam swojego brzucha - czy innego miejsca, które o to woła - i pytam: Co czujesz? Co się w tobie dzieje? Czego na tą chwilę potrzebujesz?

Wyrobić w sobie nawyk brania odpowiedzialności za własne emocje, eliminując z całego procesu pojęcie winy – to zajęło mi trochę czasu. Nauczyć się każdą z nich traktować jako wskazanie duchowych czy cielesnych niedoborów, o które należy zadbać - ta praca okazała się wręcz przyjemna. Stać się dla siebie opiekunką tak dobrą, by nigdy nie obawiać się utraty kogoś, kto jednym uśmiechem potrafi tęczą pokolorować mój świat – tego, jak się okazuje, wciąż nie opanowałam w dostatecznym stopniu.

Kładę więc dłoń na brzuchu, pytam, staję z boku potoku myśli i czekam na odpowiedź. Potrząsam biodrami, uwalniając strach przed utratą źródła, które umiejscowiłam poza sobą. Głęboko oddycham, przez szeroko otwarte usta wypuszczając lęk przed porzuceniem i odcięciem. Wraz z kilkoma ciężkimi i ciepłymi łzami pozwalam wypłynąć obawie przed upadkiem z dużej wysokości. A głos z mojego wnętrza, niczym mantrę, powtarza w kółko te słowa:  

- Cóż ci po jednej, nie swojej tęczy, gdy już wiesz, że pełnia miłości w dwóch stojących obok siebie tęczach się chowa. 

tęcza3

Leave a Reply